czwartek, 5 grudnia 2013

...i znów otarłam się o smierc 2cz.

Szpitale...u nas w Polsce mają swoje zasady, których przeciętny pacjent nie powinien łamać...nie może pomyśleć przecież, że szpital jest dla pacjenta a nie pacjent dla szpitala....
Po przebadaniu mnie w szpitalu co opisywałam w poprzednim POSTcie, żaden oddział nie chciał mnie przyjąć do siebie...no bo po co im chory...była trzecia czy czwarta w nocy a lekarz dyżurny dzwonił z interwencją do dyrektora szpitala bo nie wiedział co ma zemną począć.
 W końcu przyjęto mnie z wielką łaską na kardiologie..
Na oddziele dostałam antybiotyk dożylnie...i tyle.
Zainteresowanie lekarzy- żadne, traktowano mnie jak hipochondryczkę, która słania się na nogach dla przyjemności.
Dopiero po dwóch dniach kiedy jakaś pani doktor próbowała mi zrobić echo serca i widziała,że przez ból pleców nie jestem w stanie leżeć bez ruchu  zrozumieli , że na to co mi jest zwykła nospa + antybiotyk są za słabe. 
No cóż my lubimy popadać z jednej skrajności w drugą więc naszpikowali mnie lekami przeciw bólowymi...i w końcu zrobili echo, na którym wyszła woda w aorcie i inne nie miłe sercowe :) rzeczy.
Cały problem jednak w tym , że ze zwykłym antybiotykiem i tramalem zostałam po 5 dniach wypisana do domu i z adnotacją, iż jako pacjent onkologiczny powinnam natychmiast zgłosić się po poradę do chirurga onkologa...ale po co. Mój onkolog też nie rozumiał i kazał mi iść do domu i po prostu leżeć w łóżku.
 Do tej pory nie rozumiem dlaczego po wypisaniu ze szpitala miałam natychmiast podejść do poradni onkologicznej z zapaleniem płuc, w tłum ludzi, którym ja lub oni mi mogli tylko zaszkodzić...ale to oczywiście nie koniec przygód z naszą służbą zdrowia.
Bo jeśli ktoś coś zepsuje lub jak w moim przypadku zlekceważy to inny musi naprawić.
Co dalej...nadal nie doszłam do siebie ale o tym w kolejnym POSTcie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz