20 lutego będzie dwa lata od operacji...a mi wciąż jest ciężko przyjąć do wiadomości że jestem zdrowa inaczej.
Kiedy starałam się o rentę to momentami zastanawiałam się czy na pewno na nią zasługuje a moi znajomi i rodzina pukali się w głowę.
Bo niekiedy czuję się wspaniale.
Zapominam.
Ciężko jest niekiedy głowie sobie przestawić, że człowiek z dnia na dzień staje się osobą niepełnosprawną.
Jak mam lepszy dzień to trudno nawet poznać, że coś jest nie tak.
Prawie normalnie chodzę a grubą pończochę uciskową, którą muszę nosić skrywa albo długa spódnica lub spodnie. Niestety pończochę widać przy krótkiej sukience.
Gdy są upały pod pończocha robi się z ciepła pokrzywka, która jest także niebezpieczna dla mojej nogi.
Jedną nogę mam grubsza od drugiej- w znacznym stopniu, widocznym.
Bieliznę mogę nosić tylko taka która nie uciska pachwin czyli tz. reformy...
Kiedy jest zmiana pogody lub zimno to zaczynam mocno utykać bo moje kacze nóżki sobie nie radzą :) wtedy moim najlepszym przyjacielem staje się kula ortopedyczna.
Niestety towarzyszy mi cały czas ból, ból do którego przywykłam i to jest niepokojące...już nie pamiętam jak to jest jak noga nie boli.
Oczywiście przeważnie ból nie jest wielki ale jest nie opuszcza mnie. Będzie już zawsze...
Bolą mnie często pozostałe węzły chłonne zwłaszcza przy pogorszeniu zdrowia najczęściej w lewym splocie barkowym.
Ból jest tak silny że ketanol nie pomaga a tramal lekko łagodzi ból na parę godzin.
(Jest to chyba związane z kierunkiem przepływu limfy bo kolejny po drodze duży węzeł jest to przeciwległy węzeł barkowy.)
Lekarze niestety tych bóli nie unią tego wyjaśnić.
Na dużym balkonie całe lato wiszą rolety oddzielające mnie od słońca.
I chodź nigdy nie byłam zwolenniczką słońca i rzadko się opalałam to teraz wręcz go unikam. Chodź go bardzo pragnę.
Moja odporność jest bardzo słaba... łapie wszystkie choróbska, które są wokół mnie a przecież muszę wychodzić z domu...a nawet jest to bardzo wskazane. Oczywiście próbuje podnieść odporność ale na razie efektów nie widzę właśnie mam 4 tydzień potworny katar...i pewnie znów się skoczy antybiotykiem o czym przy normalnej odporności nie było by mowy.
Kiedy byłam w szpitalu na zapalenie płuc był dzień, którego nigdy nie zapomnę...wybrałam się do ubikacji i byłam tak słaba, że nie mogłam stamtąd wrócić. Rozpłakałam się wtedy ze swojej bezsilności, śmiertelności wtedy bardziej niż po operacji na raka poczułam jak człowiek jest lichą istotą i jak blisko można być śmierci...
Niedługo potem okazało się , że do końca życia muszę się zmagać z problemem zatorowości. To jest niestety kolejna cena jaką musiałam zapłacić ratując się przed nowotworem.
Szczerze mówiąc to mnie bardziej przeraża niż sam rak, bo śmierć może przyjść nagle...leki przeciwzakrzepowe to moja codzienność.
Kiedy w nocy gorzej się czuje i jest mi duszno zastanawiam się czy to już, czy przyszedł ten czas a potem...nadchodzi dzień i już jest dobrze. Wtedy Bogu dziękuje, że dał mi jeszcze raz szansę.
Szczerze mówiąc dzięki chorobie przestałam bać się śmierci tylko trudno mi jest się pogodzić, że to może być koniec. Bo tu mi dobrze a jak w następnym wcieleniu urodzę się jako biedna dziewczynka w Chinach albo Indiach br... :)
Zastanawiam się czasem jakie konsekwencje zdrowotne poniosła bym przy innym sposobie leczenia nowotworu..czy jeszcze bym była.
Muszę wierzyć,że lekarze wybrali mi najlepszą drogę i że w innym wypadku była bym już tą biedną dziewczynką w Azji :)
Jednak są też i dobre strony... o tak.
Oczywiście jak nie choruję.
Przed chorobą przeważnie pracowałam 7 dni w tygodniu. Życie.
Przez cały dzień nie było mnie w domu.
Jakież było moje zdziwienie kiedy odkryłam, że drzewko za moim oknem na wiosnę ma piękne kwiaty, potem zielone liście, owoce, kolorowe liście, które w końcu opadły...i przyszedł piękny śnieg, który otulił drzewko :)
W codziennym biegu zapominamy o prostych, a jakże pięknych rzeczach.
Dużo leżę na kanapie z nogami do góry :)
i cieszę się, kiedy mój kot kladzie mi się na tychże obolałych nogach.
Cieszy mnie mój 19 letni syn, który najpierw mi pyskuje a potem się przytula i mówi, że zdał próbną maturę i nawet wtedy jak oblewa prawo jazdy ...bo jest na co czekać.
Czekanie w życiu to podstawa, ważna rzecz.
Teraz czekam aż mój mąż skończy remont mieszkania...co wieczór z uśmiechem mówię, że chyba końca tego nie doczekam...
I czekam na Święta bo jest grudzień.
Moja rocznica
Jak dobrze pójdzie spędzę je przy kominku.
O ile mój kochany mąż skończy ten ch...... remont...
:-)
OJ! JEST PO CO ŻYĆ I NA CO CZEKAĆ!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz